Najbardziej wkurzają w lumpach ludzie. To banał tak uroczy, że mógłbym go sobie wytatuować na lędźwiach, ale na pewno nie będę go rozcieńczał w tym artykule. Wiadomo, lumpeks to nie klub Demostenesa, tylko wielka ludzka zupa, w której rozkipiały bulion przegryza się ze śmietaną, wirują warzywa, mięcho, kluski z ryżem. Podniesiesz kamień z pola i zajrzysz pod spód – tam ludzie w lumpeksie. Jak kropla benzyny w kałuży – potrafią być wspaniali i okropni. Ludzie w lumpeksie są jak wszędzie – tacy sami. Trzeba z tym żyć. Ja muszę z tym żyć. Będą mnie wkurzali jeszcze nie raz, nie dwa i co z tego? Nie ma innej planety. W niebie też chyba nie ma lumpeksów. Co do piekła – nie jestem pewien.
Jeżeli wkurzają cię ludzie w lumpeksie – jestem z tobą, kładę teraz dłoń na twoim ramieniu, wzdycham ciężko i możemy sobie przez chwilę pomilczeć w zadumie.
Ok, wystarczy.
NIE-PRZYMIERZALNIE
Byłem kiedyś w lumpeksie, w którym jedna jedyna przymierzalnia pełniła też funkcję pomieszczenia socjalnego. Czułem się, jakby lumpenmama mnie zaprosiła do siebie na chatę. Stał tam czajnik, kubki, mogłem sobie zaparzyć earl greya, skubnąć herbatnika i wytrzeć usta w bawełnianą ściereczkę. Gdybym zrobił zdjęcie w lustrze i wrzucił na stories, nikt by mi nie uwierzył, że to z lumpeksu.
To jeszcze pół biedy – w małym lumpeksie jedna przymierzalnia wystarczy. Ale gdy widzę wielkopowierzchniowy lokal z jedną albo dwiema przymierzalniami, czuję się jak ten kot z mema, który patrzy na obliczenia i mówi: „Andrzej, to j*bnie”. To jak postawić dwa toi toie na polu festiwalowym. Prędzej czy później gówno wybije. Zaczną się słowne utarczki, pyskówki, kłótnie, a potem regularne oblężenie przymierzalni, wdzieranie się szturmem przez kotary – co moje zmęczone oczy już w lumpie widziały.

Nie oczekuję złotych klamek i Moneta na ścianach, a jedynie takiej liczby kabin, która sprawiłaby, że kolejka ludzi do mierzenia nie zawijałaby się przez lumpeks jak w grze Snake na najwyższym poziomie trudności.
Ja wiem: panie, to koszta, nie ma miejsca… Ale przecież nie wszystko trzeba przymierzać w kabinie. Nieraz wystarczy tylko odpowiednia liczba luster, żeby udrożnić kolejkę i pozwolić ludziom mierzyć „na sklepie” marynarki, kurtki czy płaszcze.
SKOMPLIKOWANY SYSTEM CEN
Powiem tak: jestem prostym człowiekiem i lubię proste zasady. Do tego kończyłem liceum a nie matematykę. Uważam też, że prostota jest siostrą stylu. Dlatego wkurza mnie, gdy staję w lumpeksie przed tablicą z systemem sprzedaży i zaczynam przypominać tę panią:

Serio? Czy to musi tak wyglądać? W poniedziałki – 30% na towar z metką, - 15% na towary z żółtą metką. Rzeczy na stole za połowę ceny, ale tylko w dni parzyste, chyba, że to spodnie, to wtedy albo na wagę, albo -20% od ceny na czerwonej metce. Kurtki na wagę, ale damskie już według promocji na metkę zieloną. Druga sztuka gratis, ale trzecia już – 30%, na hasło: lumpsetter dwa w cenie trzech, rzeczy z dorzutki bez zniżki, promocje nie łączą się…
Kto to wymyśla?
A istnieją jeszcze lumpeksy rodem z tureckiego bazaru: nie ma ceny, cenę poznasz, jak zapytasz, to zależy, jak wyglądasz, jak jesteś ubrany, jaki jest klimat i nastrój lumpenmamy, bo na dwoje babka wróżyła, to wszystko zależy. Wtedy dopiero jest ruletka. I zaproszenie do targów, choć rozumiem, że nie każdy może lubić targowanie.
Ja lubię. Jak i lumpeksy w których obowiązuje jasna cena za sztukę lub za kilogram.
TORTURY WIESZAKIEM
Wiele second-handów nie ułatwia lumpowania. I robi to na wiele sposobów. A przecież dbanie o wygodę klientów powinno być dla właścicieli priorytetem. Z własnych obserwacji wiem, że to właśnie brak wygody odpycha ludzi od wizyty w lumpeksie. Trzeba przecież grzebać, przerzucać, przeglądać, przesuwać nieraz setki wieszaków z lewa na prawo lub na odwrót… lumping sam w sobie jest sporym wysiłkiem. Po co to utrudniać?
Jednym ze sposobów utrudniania są cienkie druciane wieszaki rodem z pralni. Nienawidzę tego cholerstwa. Raz, że wyginają się i potrafią niszczyć ubrania, zwłaszcza swetry. Dwa: długa końcówka wygięta w hak potrafi być ostro zakończona. Gdy bierzesz na siebie naręcze lumpów powieszonych na takich wieszakach, nietrudno skończyć jak Janosik, zwłaszcza w dniu dostawy gdy tłum napiera zewsząd i taki rzeźnicki hak może zawędrować pod twoje żebra.
I po trzecie – co mnie wkurza najmocniej – ta mała końcówka, zawinięta ślimakiem wokół haka, zakończona szpicem, który pruje palce, rysuje paznokcie (tyle dobrego, że nie mam hybrydy), zadziera naskórek, dźga, tnie i szarpie. Setka takich wieszaków ułożona w gęstym szeregu przypomina „ścieżkę zdrowia” dla zatwardziałych fakirów. Ja podziękuję. Gdybym chciał usunąć skórki, poszedłbym na manicure.

BRAK SZACUNKU DO TOWARU
Co sprowadza ludzi do lumpeksu? Towar. Co daje lumpeksowi pieniądze? Towar. Bez czego nie byłoby lumpeksu? Bez was. I bez towaru oczywiście. Towar to lumpeks. Gdy ktoś mnie pyta o lumpeks, pyta zwykle o towar. Co tam wisi, co tam dają? Brak szacunku do towaru, to brak szacunku do klientów. Czym to się przejawia w praktyce?
Niszczeniem ubrań przez niedbalstwo, albo takim ułatwieniem sobie pracy ze strony obsługi, które skutkuje niszczeniem towaru. Konkretnie? Wieszanie dużych rozmiarów swetrów na wieszakach, których brzegi przebijają na drugą stronę, tworząc dziury. Przebijanie metek ubrań plastikowymi żyłkami z cenówką. Zawijanie metek wokół wieszaka, żeby z niego nie spadały. Taka praktyka nie tylko niszczy rzecz, ale i utrudnia połów. Potem trzeba to rozsupłać, żeby odczytać metkę z nazwą marki, a jeśli ubranie wisi na tym cholerstwie z pralni i metka weszła między „ślimaka”, to już w ogóle dostaję spazmów.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież to tylko metka. Owszem, widzi ją tylko twój kark, więc może być podziurawiona jak sito, ale dla osób, które żyją z odsprzedaży używanych ubrań, brak metki albo jej uszkodzenie nieraz oznacza mniejszy zarobek. Dla miłośników mody projektanckiej płaszcz Prady z metką i bez to dwa różne płaszcze.
Zupełnie nie rozumiem praktyki wycinania metek z drogich rzeczy w lumpeksie. Ktoś mi kiedyś wytłumaczył to tym, że ludzie wtedy tak nie rzucają się na „firmówki”, biorą sztukę z lumpa za to jaka jest, a nie kim jest. Czyli nie dla streetwearowca to, nie dla resellera, ale dla dziadka, co to będzie miał na działkę. Fajna taka, nieznanej firmy, bo metka wycięta. Niepojęte, przestańcie do cholery wycinać te metki!
Kto to w ogóle robi?
Przecież lumpy i tak noszą wady wcale-nie-ukryte, które potrafią skutecznie odepchnąć klienta. Ile to razy sam długo ważyłem decyzję, zadając sobie w głowie pytanie: czy to zszyję, czy będzie mi się chciało wymieniać guziki, czy plama zejdzie? Wielu lumpiarzy przeżywa podobne dylematy. Po co dokładać wad ubraniom w lumpeksie? Po co je niszczyć i oszpecać?

MIAŁO NIE BYĆ O LUDZIACH, ALE…
Przepraszam, bo muszę. Pytacie mnie o to w DM-ach, a ostatnio takie pytanie padło na Instagramie podczas Q&A w relacji. Chciałbym więc dać tutaj wyraz moim przemyśleniom na temat handlar/handlarzy, bo sądzę, że problem wymaga rozwinięcia. Co o nich myślę? Czy mnie wkurzają?
Najpierw: co w ogóle rozumiem przez określenia handlara/handlarz? Używam ich w dwojakim znaczeniu:
- pozytywnym, jako określenie kogoś, kto ma wyjątkowy zmysł sprzedażowy, potrafi sprzedać lód pingwinom i piasek Beduinom, ma dar przekonywania, wiedzę produktową, uśmiech numer pięć i ogólną charyzmę.
- negatywny, jako określenie osoby, która żyje z handlu odzieżą używaną, swój towar pozyskuje w lumpeksie (najczęściej na dostawach), a do celu dąży po trupach. Myśli tylko o własnym interesie. Rozpycha się łokciami, kłóci, wyzywa, kradnie innym z koszyka, drze koty i lumpy, słowem: zatruwa innym klientom smak lumpów.
Wkurza mnie oczywiście to drugie zjawisko. Nie sam reselling i fakt, że ktoś żyje z tłoczenia towaru w drugi obieg. Osobiście to szanuję, bo dla wielu ludzi to najlepszy sposób czerpania mody z drugiej ręki oraz realna alternatywa dla sieciówek i fast fashion. Łatwiej niektórym kupić „używkę” przez Vinted niż w lumpeksie. Ja to rozumiem i sądzę, że pośrednicy są potrzebni.
Nie są zaś potrzebni w lumpeksie ludzie, którym chciwość odbiera rozum i godność człowieka. To nie moje fantazje, ale rzeczywistość, rozgrywająca się co poranek w którymś z wrocławskich lumpeksów. Zorganizowane grupy handlarzy szturmują lokal, dopadają jako pierwsi do wieszaków i zrzucają całe naręcza ubrań na podłogę. Potem pilnują tych kopców, szczerząc kły i warcząc na innych, po to by jak pies sołtysa przeglądać towar i wyławiać dla siebie najlepsze kąski.

Ta patologia dzieje się od dłuższego czasu i nikt nie potrafi sobie z nią poradzić. Nie oczekuję od lumpenmam, że będą się ścierać z takim elementem. Ich praca i tak jest dostatecznie stresująca, a w czasie dostawy na pewno się nie nudzą. Właściciele lumpeksów mają to gdzieś, bo hajs się przecież zgadza. Klienci mogą się zarzynać i tratować, byle kupowali. Biznes jest biznes.
I to tyle. Poza tym lumpowanie jest świetnym sposobem spędzania czasu. Pozwala też dorobić, dobrze się ubrać i dobrze bawić. Gdybym miał napisać, co mnie fascynuje w lumpeksach, wyszłaby z tego książka. Pytanie, czy ktoś chciałby ją czytać?
Ciekaw jestem, co ciebie wkurza w lumpeksach? Daj znać w komentarzu.