Historie, Nowości

LUMPENMAMA

Nie da ci tego Gucci, nie da Gabbana, co może dać ci dobra lumpenmama. To ona wesprze, wysłucha, wspomoże radą, obniży cenę. Wszystkim paniom sprzedającym w lumpeksach tekst ten poświęcam.

BIG BAD LUMPENMOMMY

Dostałem kiedyś cynk od znajomej, że w pewnym podpiwniczonym wrocławskim lumpeksie urzęduje lumpenmama o nastroju wyjątkowo nieprzysiadalnym, podejściu antyklienckim, z miną związaną na supeł, słowem: Przemo, musisz tam iść i zdać światu relację. Naszykowałem więc outfit ucieczkowy (wszystko dżersej z elastanem), buty runnery, płyn do dezynfekcji, naładowałem telefon i ruszyłem ku przygodzie.

Lokal wyglądem nie odbiegał od opisu odmalowanego przez znajomą. Prawdziwa pieczara, niski sufit, w powietrzu zawiesina eau de lump, ubrań całe hałdy, przez które możesz dokopać się do pamiątek z jury czy triasu. Przy wejściu biurko-lada zawalona wszystkimi rzeczami świata, a za tym murem ona – lumpenmama. Królowa tego przybytku.

– Dzień dobry.

– Dobry…

Pół godziny później próbowała mi sprzedać sexy fatałaszki (jeszcze nowe, w pudełku) dla żony, spółkę partnerską w prowadzeniu lumpa, albo chociaż przeprowadzenie Lumpeksowych Rewolucji w stylu Magdy Gessler, bo biznes i zwały ubrań już ją przerastają. Wtedy byłem za cienki w uszach lumpsetter, żeby przyjąć którąkolwiek z tych propozycji. Dziś podejrzewam, że jest już po ptokach. Prawdę mówiąc, nie miałem psychy, żeby poznać dalszą część historii tej lumpenmamy. Śmiechy śmiechami, miała być beka, ale historia tej starszej pani rozczochrała mi głowę. Uświadomiła, jakie losy ludzkie stać mogą za ladą w lumpeksie. Do dziś przy każdej nie najmilszej sytuacji w secondhandzie mam w pamięci twarz tamtej lumpenmamy, gdy zszywała skórzane buty, bo klient powiedział, że dziurawych nie weźmie.

ZACZĘŁO SIĘ OD LUMPENMAMY

Tak właśnie. Lata temu, gdy za dzieciaka biegałem w lumpach, nienawidziłem lumpów, lumpów się wstydziłem, do lumpów nie wchodziłem, pewna życzliwa lumpenmama pozwoliła mojej mamie zwracać ubrania. Zarówno wtedy, jak i dziś oczywistym było, że lumpów się nie zwraca, bo widziały gały, co brały, lumpex to nie Inditex, że przebujasz w szmacie cały miesiąc i bez żenady oddasz. Odzieży używanej nie możesz zwrócić ani zareklamować. Tak mówi prawo.

Ale niepisane prawo relacji międzyludzkich daje lumpenmamie pewną swobodę w robieniu wyjątków. I tak oto mojamama przynosiła w torbach lumpy, które mogłem przymierzyć w zaciszu własnego pokoju bez ryzyka, że zobaczy mnie mama kolegi z klasy i każdy w szkole się dowie, skąd ubrania brane. A to była prosta droga do pięknego towarzyskiego samobójstwa. Przynajmniej wtedy.

Dziś także zdarza mi się trafić na lumpenmamę, której wielkie, ciepłe serce oblewa mnie dobrodziejstwami. Bywa tak: wyławiam sztosa, rzadkie dziwadło, ciężkie jak cholera, niosę do kasy i wrzucam na wagę. Ile dziś za kilo? Cyferblat wyświetla astronomiczne liczby. Stoimy więc chwilę z lumpenmamą zamrożeni negocjacyjnym patem, patrzymy sobie w oczy, ja robię grymas Clinta Eastwooda – przymrużone oko, usta jak rana po brzeszczocie – i wtedy lumpenmama kiwa głową i w geście łaski obniża cenę. Nie o grosze; całe dychy lecą nieraz w dół, bo wie, że nikt inny tego szaleństwa nie kupi. A tak już działa ten biznes – lump musi latać. Musi się sprzedać.

W niektórych secondhandach lumpenmamy są jak plaster aloesu, który bym kładł na każdą ranę. Cudowne kobiety, do pośmiania i do pogadania. Nieraz widziałem, jak potrafią pełnić rolę animatorek lokalnej społeczności, zwłaszcza tej w wieku emerytalnym, nawiązując długofalowe relacje. Stają się powierniczkami sekretów, wysłuchują, co kogo boli, doradzają, co komu pasuje. W lumpeksie to dość rzadkie zjawisko – obsługa klienta. Zwykle lumpenmamy pełnią obowiązki ochroniarzy i kasjerów. Rzadko które sięgają po techniki sprzedaży inne niż żarliwe zapewnianie, że tak, dobrze leży, dobrze wszystko jest w porządku.

A ja lubię być przekonywany. Sam nieraz podpytuję lumpenmamę, co sądzi o mierzonym przeze mnie ubraniu. Czekam wtedy, aż rozwiąże się jej język korzyści i słucham argumentów, które mają sprawić, że zapłacę to 10 złotych. Lubię, gdy lumpenmamy są dobre w sprzedaży. Gdy zbijają moje wydumane naprędce obiekcje, gdy przywołują do pomocy inne klientki, gdy się targują, a w końcu sprytem i gadką sprawiają, że biorę.

AIN’T YOUR LUMPENMAMA

Wystarczyło 30 lat od czasów, gdy w sklepie podawano kurczaka brudną ścierką, a w kiosku ruchu sprzedawano mięso, tylko trzy dekady by przyzwyczaić się do „wysokiego standardu obsługi” i odwrócić role w grze: „kto tu komu robi łaskę”. Dziś choćbyś był ostatnim chamem i gburem, w sklepach poczęstują cię uśmiechem i serdecznym „dzień dobry”. Klient zawsze ma rację, a ostatnie słowo należy do jego pieniędzy. To oczywiście zrozumiała strategia, choć nie jedyna słuszna.

W Stanach Zjednoczonych działa sieć restauracji Dick’s Last Resort, której znakiem rozpoznawalnym jest chamska obsługa. Nie spyta, czy smakuje, tylko każe ci żreć szybciej. Gdy poprosisz o serwetkę, zasypię cię całym ich opakowaniem. A jeśli będziesz na tyle głupi/a by przyznać się, że masz urodziny – dostaniesz w prezencie lap dance w wykonaniu grubego chłopa w stringach.

Podobny stosunek do klienta panował w pierwszych butikach Gucci w Stanach Zjednoczonych, o czym pisze Sara Gay Forden w książce „Dom Gucci”. Przytacza artykuł z magazynu New York (Najbardziej arogancki sklep w Nowym Jorku, 1975) i cytuje: „Personel Gucciego uczynił sztukę z rzucania złośliwych uwag, przeszywania mrożącymi krew w żyłach spojrzeniami oraz dawania do zrozumienia, że klient jest niewart ich uwagi”. A mimo to Nowojorczycy kupowali kolejne torby i mokasyny z pocałowaniem ekspedienckiej ręki.

A co z tymi niemiłymi lumpenmamami? Nie jest to chyba przemyślana marketingowa strategia? Ludzie zmęczeni słodkopierdzącymi standardami obsługi nie przychodzą do lumpeksu, żeby tam lumenmama umyła nimi podłogę. Nie są też skazani na lumpy i bez wyjścia. Mogą kupić niskiej jakości śmieci z sieciówek czy internetu – tam dostaną jeszcze życzenia „miłego dnia”, program lojalnościowy, albo uprzejmy pan po drugiej stronie światłowodu nazwie ich „majfrendem”.

Dlaczego więc lumpenmamy bywają niemiłe? To proste. Bo ludzie są ludźmi. Kto pracował w obsłudze, ten się w cyrku nie śmieje. Ilość kuriozalnych sytuacji, które oglądać muszą lumpenmamie oczy, może przekroczyć dopuszczalne dla człowieka stężenie. Widziałem kiedyś w dniu dostawy lumpenmamę, która stała na ladzie i obserwowała, czy ktoś nie kradnie, czy nikt nie potrzebuje pomocy medycznej, bo walka o sztosy szła na łokcie. Do tego żule smarkający w rękawy, roznoszący zapach wszystkich swoich przygód, stare zrzędy grymaszące, czemu tak drogo, męczybuły i bajeranci, zwykłe creepy i zakapiory. Secondhand to nie paryski butik, gdzie się rozpływa towarzyska śmietanka. Do lumpa może wejść każdy.

Dlatego na swój sposób rozumiem te lumpenmamy, które zachowują wobec mnie wrogą rezerwę i podejrzliwość. Nauczone doświadczeniem bronią się przed przykrą niespodzianką. Nawet najszerszy uśmiech, najcieplejsze „dzień dobry” może być zwiastunem nieprzyjemności. Przypominam, że wciąż pokutuje stereotyp lumpeksu jako miejsca dla ludzi ubogich. Odium kładzie się cieniem również na pracownikach secondhandów. Lumpenmamy nie chroni jednak koszulka organizacji dobroczynnej. Nie mogą powiedzieć, że pracują w szczytnym celu. Nieczęsto słyszę od lumpenmam, że są dumne ze swojej pracy.

Dlatego, gdy widzę po drugiej stronie lady niechętne spojrzenie, gdy słyszę burkliwy ton – nie przejmuję się tym, nie oburzam. Wiem, co może się dziać na zapleczu, jakie tam siedzą obawy i doświadczenia. Poza tym o wiele dłużej trzymam w pamięci te miłe momenty. A takich nigdy nie brakuje.

PO CO W OGÓLE O TYM PISZESZ?

Po co w ogóle o tym piszę? Bo już zapomniałem, jak to może być. W wielu wrocławskich lumpeksach już mnie znają. Wiedzą, że ten gość, który gada do telefonu i kręci filmiki, to Tommy Lumpdigger. Niegroźny. Ponagrywa, coś kupi i wyjdzie.

Ale niedawno przypomniałem sobie, jak smakuje lumpeksowa kromka chleba. Trafiłem na łowy do Kątów Wrocławskich – miasteczka na zachód od Wrocławia. Lumpenmama z lumpeksu w okolicach rynku posłała mnie do drugiego lokalu, uprzedzając że nie łatwo tam trafić. Miała rację. Secondhand znajdował się w mieszkaniu starej kamienicy. Pierwszy raz w życiu pukałem do drzwi lumpeksu. Nikt nie odpowiadał, to wszedłem. Pusto, choć szmat nawalone. Wołam, że dzień dobry, ale żadnego odzewu. Zaglądam do drugiego pomieszczenia, a tam za biurkiem siedzi lumpenmama z wyrazem twarzy niecenzuralnym, to zapytuję najgrzeczniej, jak potrafię, gdzie tu dział męski? A ona pyta: czego pan szuka? Odzieży męskiej – odpowiadam. A konkretniej?

Cholera, trudne się wylosowało. Bo co konkretnego mogę szukać w lumpeksie? Nie przychodzę z listą życzeń. Biorę, co lump da, byle dobre. Zaczynam się tłumaczyć, a ona odpowiada językiem mlasków i cmoknięć, więc już wiem, że na razie to się nie polubimy. Przeglądam kilka wieszaków, kręcę filmik spod płaszcza i wychodzę. Czuję piasek między zębami i warstwę kurzu na podniebieniu. I zaczynam się śmiać. Nie z lumpenmamy, nie z siebie, ale tak po prostu. Z tego, co mi się przydarzyło, a co dawno mi się nie przydarzyło.

Dlatego: drogie lumpenmamy, bądźcie dla nas dobre, nie tylko na wiosnę.

A wy, lumpiarze, lumpofile, lumpeksoholicy i lumpeksowe świry, wszyscy bliscy mojemu serce poławiacze lumpów – szanujcie lumpenmamy!

P.S. Tu powinno być wezwanie do działania, tzw. call to action, ale mam to w dupie. Kto dziś czyta blogi?

Subscribe
Powiadom o
guest
7 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Patrycja
Patrycja
1 rok temu

Lubię czytać jak słyszę głos autora w głowie. Słyszałam 🤦🏼‍♀️😅.
Propsuję.

Annia
Annia
1 rok temu

ja czytam! A Twoje lekkie pióro uwielbiam 🙂 Liczę że kiedyś zobaczę Cię na łowach 🙂

Małgo
Małgo
1 rok temu

Ja czytam! I świetnie się tu bawię! 🙂

Kasia
Kasia
1 rok temu

Nie czytam blogów, ale Twój przeczytałam z zaciekawieniem, do końca, i uśmiałam się do łez. Uwielbiam takie poczucie humoru 😁😁😁