Historie, Nowości

SZTOSY LUMPSETTERA

No wiesz, lumpsetter, wszystko pięknie-ładnie, takie ekonomiczne i ekologiczne, metki-podnietki, wintydż wintydżem, ale powiedz ty mnie: jakie największe sztosy wyłowiłeś w lumpeksie?

Gdyby mi płacono za każdym razem, kiedy słyszę to pytanie, nawet niewiele, choćby grosza, to dziś miałbym… ze sto groszy. A to już złotówka, czyli jeden lump w dniu ostatecznej wyprzedaży, w dzień czyszczenia lumpeksu przed wjazdem nowego towaru, więc… nie-bele-co. Gdy mi je ktoś zadaje, niezmiennie krzywię się i wiercę w środku, bo to pytanie z tych, na które nie lubię odpowiadać. Dlatego piszę ten artykuł. Może ktoś przeczyta i już nie zapyta.

Dlaczego nie lubię? Bo najpierw muszę wziąć długi rozbieg, przez który tłumaczę rozmówcy, jakie kryteria decydują o „sztosowości” sztosa, potem smęcę coś jeszcze o wpływie okoliczności, potędze subiektywnego wyboru, dorzucam tyradę na fast fashion, marudzę, że „kurła kiedyś to było”, a potem siup – wymieniam ciurkiem nazwy, marki i voila! ląduję wśród zrozumienia, bądź też nie.

I nigdy nie jestem pewien swojego. Taki sztos Schrödingera. Raz mogę uznać, że owszem dobre, cacko, złoto, innym zaś razem, że właściwie nic takiego. Zmienia się bowiem we mnie skład jury. Jedni cenią metkę z marką. Inni ze składem. Jeszcze inni historię, styl, okoliczności zakupu. Nie traktuj więc tej wyliczanki jak spiżowej tablicy. To bardziej listek papirusu.

Nim jednak puszczę Cię przez meandry mojego chwalipięstwa, złapmy się czegoś namacalnego. Czegoś tak stałego jak definicja. Czym właściwie jest sztos? I co to do cholery znaczy?

WSZYSTKO.

(Internetowy) Miejski Słownik Slangu definiuje słowo sztos jako „coś kozackiego”. Autorem tej najwyżej ocenionej definicji jest rafal954, żaden tam językoznawca, oddam więc głos tym ostatnim. Według słownika PWN sztos to coś „fajnego, niesamowitego, fantastycznego”. Wcześniej kojarzył się ze światem bilarda (uderzenie bili o bilę) i czerwonych latarni (określenie stosunku płciowego z prostytutką). Dopiero młodzież nadała sztosowi nowe znaczenie, do tego stopnia, że w 2016 r. sztos wygrał internetowy plebiscyt PWN-u na Młodzieżowe Słowo Roku. I tak sztosem możesz nazwać utwór ulubionego wykonawcy, oldschoolowe trampki znalezione w lumpie, nowe paznokcie koleżanki, a nawet kanapki, które zrobiła Ci babcia. Wszystko może być sztosem.

Używam sztosa, bo lubię to słowo, choć jest już powycierane o tyle gęb, że przypomina akrylowy sweter w ostatnim dniu wyprzedaży. Lubię w wersji podstawowej i w zgrabnych wariantach: sztosik, sztosiwo, sztosinger. Lubię brzmienie i widok zapisu. Lubię samogłoskę w środku słowa, którą mogę roooozciągać dając wyraz zachwytowi. Sztos jest sztos. I tyle.

A jakie sztosy wyłowiłem z lumpa? Zamknijmy słowniki i przejdźmy do rzeczy:

KLASYCZNY TRENCZ

Kupiłem go pewnego nie-pamiętam-czy-pięknego dnia podczas połowu, na który wybrałem się ze starym znajomym. Szukaliśmy mu odtrutki na monotonię garderoby i mój niemały nos do lumpów zaprowadził nas na Bulwar Ikara, do nieistniejącego już dziś second-handu, w którym dwie lumpenmamy stroiły sobie z nas żarty, ale bez urazy i obrazy; tak po koleżeńsku. Tam właśnie ujrzałem to cudo.
Mógłby wisieć w Sèvres jako wzorzec, bo ma wszystko, co powinien mieć klasyczny trencz: dwa rzędy guzików, szerokie klapy, kołnierz sztormowy, pagony, mankiety z regulatorami, gun flap (patka na prawej piersi) i regulowaną tylną szlicę. A dodatkowo – wełnianą (dziewicza wełna) czerwoną podpinkę na chłodniejsze dni. Stan igła. Krój wintydż. Marka Darebridge. Cena – osiem złotych. Jakże mógłbym nie wziąć?

Moi znajomi reagowali różnie. Niektórym kojarzył się z Inspektorem Gadżetem (choć ten przecież nie nosił granatu). Innym (całkiem słusznie) z bohaterami kryminałów noir, choć rzadko nosiłem go „na eleganckości”, częściej w sportswearze, do białych adidasków i szarych joggerów. Prawie każdy miał swoją opinię i oto właśnie chodzi – trencz nie pozwalał przejść obojętnie. Do tego stopnia, że pewnego razu gdy paliłem sobie papieroska przed wejściem do jednej z wrocławskich galerii, zaczepił mnie facet ubrany w smart casual i obsypał komplementami tenże trencz, kończąc pytaniem, gdzie go kupiłem? A ja wtedy – spowity siwym dymem, z nonszalanckim uśmiechem na twarzy odparłem, że w lumpeksie. W jakim? – dopytywał, ale cóż mogłem rzec? Poza radą, że już tam takiego nie znajdzie. Już się tam wyczerpały trencze na stanie magazynowym, wyprzedały w ilości jednej sztuki, którą to sztukę ostatnią i jedyną ja zabrałem i bardzo prawdopodobne, że już jej nie ma w całej Polsce, wcale nie trzeba sprawdzać w systemie, bo to lump, nie sieciówa, nie żadne kopiuj-wklej. Dodałem, żeby się puścił w podróż po lumpach, na łowy, na poszukiwania zaginionego trencza, to pewnie coś sobie znajdzie, może nawet lepszego.

Tak właśnie mój płaszcz dostał złotą naklejkę jakości od nieznajomego, a ja kolejny dowód, że to było dobre. Zakup klasycznego trencza. Niech się śmieją znajomi, niech wołają „dalej, dalej”. Wiesz, ile potrzeba odwagi, żeby podejść do obcego gościa i wyrazić zachwyt nad jego płaszczem? (Mnie łatwo, bo byłem sprzedawcą mody. Komplementowanie ubioru jest dla mnie tak naturalne jak oddychanie). Wiele. Spróbuj kiedyś, jeśli mi nie wierzysz.

GARNIAK OD BOSSA

Myślisz, że tak łatwo wejść do lumpa i wyłowić ze zwałów szmat garnitur wysokiej jakości, dobrze dopasowany i znanej marki? No jasne, że nie. Potrzeba do tego dużo wiedzy i jeszcze więcej szczęścia. To nie jest puszka piwa – jak mawiał pewien Ślązak, którego poznałem na budowie w Londynie – nie łatwo to zrobić.

Długo marzyłem o garniturze z lumpa, który by leżał jak należy i nie trącił szafą dziadka. Wiele razy przymierzałem się do zakupu, ale zawsze coś stawało nam na drodze. A to kanciasty krój, a to ślady ucztowania moli, czy też efekty przeróbek spod ręki domorosłych mistrzów sztuki krawieckiej, wypchane łokcie i kolana, poliester w składzie albo jakieś stylowe udziwnienia. Nic sztosowego.

Ale nie poddawałem się. Czekałem, czekałem wiernie jak pies pod pana stołem, wiedząc że pewnego dnia skapnie mi z ręki hojnego Lumpa jakiś garniturowy sztos. I tak się stało. Moja cierpliwość została nagrodzona. Tamtego dnia wstąpiłem do second-handu na ul. Kilińskiego z mocnym postanowieniem nic nie kupienia. Czasem tak mam, szafa trzeszczy w szwach, portfel burczy z głodu, urządzam wtedy post i jedynie sycę wzrok. Albo nagrywam śmieszne filmiki dla moich widzów z Instagrama. Tak było i tamtego dnia. Przeglądałem towar w poszukiwaniu modowych potworków lub śmiesznostek i wtedy trafiłem na spodnie od pana Bossa. Klasyczne, wełniane w subtelny tenisowy prążek we włoskim stylu. Pomyślałem sobie: no szkoda, szkoda, że akurat trzymam dietę, bo ugryźć taki smakowity kąsek nie trafia się często. Niech sobie wisi dla innego szczęściarza. Ja pasuję. Nawet nie sprawdzam, czy spodzień pasuje. Idę dalej. Bez spodni.

Przedzierając się przez tekstylną mierzwę, dotarłem na „dział” marynarek. I wtedy ją ujrzałem. Była piękna, olśniewająca. Otrząsnąłem się z bezruchu i złapałem ją za rękaw. Odpowiedziała miękkim, wełnianym chwytem. Połączyłem w głowie prążki i klasyczna jednorzędowa marynarka powiodła mnie z powrotem do spodni. Co człowiek złączył, niech lump nie rozdziela. Nie wszyscy pilnują tej zasady. Tam na Kilińskiego rozdzielili tę szczęśliwą parę i gdybym zadowolił się spodniami, do marynarki może bym nie doszedł.

Przymierzyć? Co za pytanie. Nawet jeśli nie kupię, to chociaż pstryknę fotkę w przymierzalni i zapytam widzów, co myślą. Stanąłem więc na pełnym bossie i spojrzałem w lustro. Zobaczyłem gościa na niezłym docięciu, spowitego w prążki i elegancką czerń. Powiedziałem mu, że jest szczęśliwym skurczybykiem, bo tylko rękawy do wydłużenia, a to przecież dla dobrej krawcowej jak splunięcie. Tak się składa, że znam dobrą krawcową. Dlatego jedyne wyjście z przymierzalni prowadziło wprost do kasy, gdzie lumpenmama obejrzała sztosa, sprawdziła metki z cenami, nabiła na kasę, naliczyła rabat i życzyła udanego dnia.

A pewnie… jak inaczej nazwać dzień, w którym przybyłem, przymierzyłem i przyfarciłem? A dobry Pan Lump spełnił jedno z moich zakupowych marzeń?

Po prostu sztos.

NIEŚMIERTELNA CZAPKA Z DASZKIEM

Nigdy nie byłem wielkim miłośnikiem czapek z daszkiem. Jakoś tak omijały mnie zgrabnym łukiem subkultury, które koronowały swoich członków fullcapami czy bejsbolówkami. Chodziłem zwykle z odkrytą głową. Tylko zimą wkładałem wełniane czapki. Zawsze myślałem, że z nakryciem głowy nie bardzo mi po drodze. Zakładałem coś na łeb, patrzyłem w lustro i szybko dochodziłem do smutnego wniosku, że wyglądam głupio. Nie wiem, czy to przez kształt czaszki, wysokość czoła, położenie uszu, asymetrię szpar powiekowych, czy inną cechę mojej fizis.

Dlatego też w lumpeksach nie rozglądałem się za czapkami z daszkiem. Zwykle też nie było w czym wybierać. Jakieś hiphopowe firmówki z tą groteskową naklejką na daszku, albo „reklamówki” z logo nikomu nieznanej firmy. Szkoda na to miejsca na głowie.

Jednak tamtego dnia los podsunął mi przynętę. Stałem akurat przy kasie. Lumpenmama ważyła, liczyła, nabijała rabat, wydawała resztę, pakowała, a ja w tym czasie wodziłem wzrokiem po koszu z czapkami. Włożyłem rękę, żeby trochę pogrzebać, a nuż coś błyśnie z dna. I wtedy moja dłoń trafiła na sztywny dżins. Chwyciłem go i wyłowiłem na światło dzienne. I wtedy…

Ujrzałem cudowną czapkę z dżinsu w klasycznym kolorze indygo, która przymówiła do mnie wyhaftowanym napisem: „Legends never die”. Świat stanął w miejscu, a przestrzeń lumpeksu skurczyła się do tej czapki. Byłem tylko ja i ona. Oryginalna Levi’ska. Obracałem w dłoniach, oglądałem metki, zaglądałem w każde zakamarki, sprawdziłem klamrę zapięcia, sztywność daszka…

„Coś jeszcze?” – zapytała lumpenmama, a ja miałem ochotę ją uściskać. Dziesięć złotych. Tyle miałem do dodania. Zamieniłem Mieszka na Levi’sa i przeprosiłem się z czapkami z daszkiem. Dlaczego? Czy tylko przez markę? Wtedy owszem złapałem podjarkę. Używany Levi’s to lepszy Levi’s. Teraz myślę, że to z powodu napisu. Legendy nie umierają nigdy. Ta prawda szczególnie mocno wybrzmiewa w świecie mody. W klasycznej elegancji, w stylu wintydż legendy żyją wiecznie.

A wiesz, co nie żyje wiecznie? Wypierdy fast fashion. Te ulatują z wiatrem.

LUMPSWETER Z DZIADEM

Jeśli kupuję w lumpeksie jakiś sweter, to najczęściej z dwóch powodów: naturalnego składu (owcza lub kozia wełna) albo niebanalnego wzoru (rzadziej kroju). Akrylu nie kupuję wcale, albo bardzo rzadko. Dlaczego? O tym możesz się dowiedzieć z tego poradnika. Co musi mieć w sobie akrylowy sweter, żebym wydał na niego tych parę cennych złotych? No na przykład wąsatego dziada bumelującego na hamaku, z drinkiem pod ręką i telewizorkiem na brzuchu. Gość zdobył mnie z miejsca.

Jak mawiał Grucha z „Chłopaki nie płaczą”, może ten sweter jest wieśniacki, ale taki właśnie ma być. Nie znam jego historii, ale to dobrze, pewnie i tak bym jej nie zrozumiał. Rozumiem za to, że szansa natrafienia na drugi taki sam jest bardzo mała, jeśli nie zerowa. To „ten sweter”; wyjątkowy i niepowtarzalny. Jedyny w swoim rodzaju. Do tego stopnia, że w dniu zakupu napisał do mnie znajomy poławiacz wintydżu Panatypa, bo usłyszał od jednej lumpenmamy, że kupiłem ten sweter z dziadem pod palmami. Owszem, ale to raczej sweter kupił mnie.

Ubieram go tylko na wyjątkowe okoliczności. Od święta. Do wintydżowych, rozhipsteryzowanych stylizacji. Na przykład na nagrywkę klipu mojego ziomka Zenka Janickiego, który możecie zobaczyć poniżej:

KAMIZELKA ADASIA

Tego dnia wcześniej niż zwykle zwlokłem się z wyra, aby zająć pierwsze miejsce pod drzwiami lumpa, do którego wjechał nowy towar. To było dawno, teraz już mniejsze mam ciśnienie na sztosy. A większą alergię na chamstwo i madafackerstwo, którego pokaz rusza nieraz tuż po otwarciu drzwi lumpeksu w dniu dostawy. Mam raczej miękkie łokcie i cienką skórę, karczemne awantury o kawałek taniej szmaty nie są na moje nerwy. Ale wtedy, kierowany gorączką złota, wpadłem na „dział męski” i już na wejściu przywitał mnie sztos.

Kojarzysz stare logo Adidasa – trójliść (zwany potocznie koniczynką)? Mam do niego ogromną słabość; sądzę, że to przez sentyment. Pamiętam, gdy byłem małym dzieciakiem lat dziewięćdziesiątych, marzyłem o oryginalnych, markowych, zachodnich ubraniach. Tak bardzo chciałem mieć coś, co krzyczałoby z moich piersi lub pleców: „Adidas”, „Nike”, „Reebok”!Niestety portfele rodziców pozostawały głuche na moje prośby. Zlitował się dopiero starszy brat. Pewnego dnia przyniósł nie wiadomo skąd kartonowy szablon i farbą do ubrań wymalował mi adidasiową koniczynkę na przodzie bluzy z lumpa. Najlepszy dzień w życiu – tak wtedy myślałem.

Przez krótką chwilę moją głowę obiegła taka sama myśl właśnie wtedy w dniu dostawy. Ujrzałem bowiem brązową pikowaną kamizelkę z subtelnym białym trójliściem na piersi. Porwałem ją w ręce i uniosłem do oczu. Stan lepszy niż bardzo dobry. Wyglądała na nieużywaną. Przymierzyłem i odkryłem, że kamizelka jest dwustronna. Na lewej stronie nie ma pikowania w „karo”, ale w poziome pasy, w których osobną, nieregularną geometrią łączą się kolory biały, brązowy i niebieski. Na piersi zaś wykwita mała koniczynka obok napisu Adidas.
Sztos. Wart każdej lumpeksowej ceny (ale nie więcej niż trzydzieści złotych).

PODSUMOWANIE

Będzie krótkie, bo dość się napisałem. Dziękuję, że dotarłeś/aś aż tutaj. Jesteś sztosem. Zostaw komentarz, jeśli Ci się chce. Pozdrawiam cieplutko i udanych łowów.

Serio, napisz coś. Na przykład: jakiego największego sztosa znalazłeś/aś w lumpeksie.

Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Małgo
Małgo
2 lat temu

Moje sztosy z ostatniego roku: kaszmirowy krótki kardigan (idealny do sukienek), długi wełniany sweter do otulania się zimą w pracy(pasuje do wszystkiego), zielona bawełniana parka i beżowy, klasyczny trencz z dobrym składem (dużo bawełny)

Małgo
Małgo
2 lat temu

Ostatnio sobie uświadomiłam, że odkąd regularnie lumpuję (tak w ogóle to od 20 lat, ale na bieżąco z dostawami jestem od 2, 3 lat) mam najlepszą stylówkę ever! Same jakościowe rzeczy, mnóstwo sztosów i pereł, żadnej szybkiej mody, tylko klasyki albo ubrania bazowe ❤️

Madziula
Madziula
2 lat temu

Dokładnie wczoraj kaszmirowy ciemnoczerwony kardigan za 8 zł, jest taki mięciutki, że ciągle go głaszczę ?